piątek, 21 grudnia 2018

Zmęczone i zatrute społeczeństwo


 Miałam zamiar to opublikować tak po prostu, ale zapomniałam wspomnieć, że nie jestem psychologiem, ani nie zamierzam nim zostać na dłużej na blogu. Będę to wszystko opowiadała z perspektywy zwykłego, szarego człowieka, który należy do tego społeczeństwa, jak każdy inny. Staram się tutaj pokazać pewien obraz ludzi, jaki ja widzę i ewentualnie zmusić do refleksji, a nie uczyć. Poniższe wypociny są skutkiem przeczytania dobrej książki oraz mojej wewnętrznej potrzeby wyżalenia się w artystyczny sposób. 
Miłego czytania!
Onix Alex

***

"Czy ja go skrzywdziłam? Zrobiłam coś, co nieodwracalnie zmieni naszą relację na gorszą? Powiedziałam coś niestosownego w nieodpowiednim momencie, czy wręcz przeciwnie, nie powiedziałam niczego, co on oczekiwał ode mnie? Nie chcę się bawić w psychologa, ale myślę, że on powinien iść się wyleczyć. Po szczerej rozmowie z nim dowiedziałam się wielu rzeczy, które mają negatywny wpływ na niego oraz zobaczyłam, jak bardzo cierpi. Więc czemu ja sama zafundowałam mu cierpienie? Bo to właśnie zrobiła, prawda? W niektórych sytuacjach ludzie stają się egoistyczni i nie zwracają uwagi  na innych, ale czy odwrócenie się od niego było stosowne? Widziałam, że potrzebuje wsparcia, ale mimo wszystko na rzecz swoich lęków i niechęci zrezygnowałam z głębszych relacji z nim. Ale czy to oznacza, że powinnam poświęcić swoje zdrowie i życie na rzecz kogoś innego? Może tak. Lecz czy związek z osobą w takim stanie jest poprawny? I czemu do cholery przejmuję się tym, czy ktoś cokolwiek pomyśli? Hmm, no tak. Zależy mi na innych. Skrzywdzić inna dziewczynę, której podoba się on? Skrzywdzić nas razem, przez obelgi rzucane przez innych? Nie chciałabym sprawić nam cierpienia. Więc jakie jest racjonalne rozwiązanie? Nad tym się zastanawiam. Dzisiaj zaproponował on wspólne spędzenie czasu paru osobom, a na moje imię (gdyż nie było mnie wtedy w tym miejscu) zareagował raczej sceptycznie. Czy to oznacza, że już mi nie ufa? Nie traktuje, jak bliską osobę? Woli innych, nie lubi mnie..."

Takie i podobne myśli przewijały mi się w głowię od dłuższego czasu. Co robić? Ryzykować? Nic nie robić? Rozmawiać z nim? Robić przerwę? Tak, ostatnia rzecz jest najlepszą opcją. W pewnym momencie mojego, jakże długiego życia zaczęłam traktować przerwy (świąteczne, zimowe etc.) nie jako odpoczynek od nauki, ale odpoczynek od ludzi i innych przewijających się międzyludzkich emocji. Wszyscy psychologowie chwalą odseparowanie się od toksycznych ludzi, którzy jak nikt inny potrafią zakłócić jego harmonię . Ale czy to takie łatwe? I co charakteryzuję toksyczną osobę?

Toksyczna osoba - większość naszego społeczeństwa uważa, że tacy ludzie palą, ćpają, namawiają do tego typu zachowań, są źli fizycznie, nękają i zastraszają nas. Ale czy to prawda? Osoby toksyczne mogą być każdym z pozoru. W moim towarzystwie nie raz przewijały się takie osoby i mogę zaświadczyć, że nie były one uzależnione, albo nawet chętne spróbowania używek, alkoholu i papierosów.  Nie muszą z pozoru charakteryzować się jakąś złą cechą, są mili, nie robią nic negatywnego w skutkach. Więc skąd wiem, że to trująca mnie relacja? Zdrowa relacja nie dusi w pewnym momencie. Nie przeszkadza, nie zmusza do zmian, albo chociaż do myślenia nad zmianami. Oczywiście, w zdrowej relacji są kłótnie i poróżnienia, ale w głębi wiemy, że chcemy ciągnąć tą znajomość czy cokolwiek innego. Toksyczna osoba uwiera, przeszkadza i kłuje nasze oczy, serca. Wiemy, że powinniśmy się odseparować, przerwać tą więź. Lecz czy to takie łatwe?

Przerywanie relacji - Nie. Nie jest to łatwe. Może inaczej to napiszę, relacje toksyczne dzielą się na te łatwe i na te trudne. Łatwe nie wymagają angażowania się, jak na przykład relacje długodystansowe. I nie, nie ubliżam teraz przyjaźniom/związkom na odległość. Bardziej chodzi mi o coś w rodzaju.. znajomości? Braku głębszego zaufania, mówię o płytkiej relacji. Domyślam się, że zerwanie głębokich więzi nie jest proste, tym bardziej gdy nam na tej osobie zależy. Nie uważacie, że dobrym porównaniem byłby narkotyk? Chcemy, ale nie możemy przestać. Powracając do głównego wątku: kolejne są relacje trudne; skomplikowane, jak to ludzie ładnie nazywają. Przykładem takiej relacji jest przyjaźń. Pozwolę sobie tutaj na pewien przykład: dwie dziewczyny chodzą razem do jednej klasy. Są przyjaciółkami, znają się od dawna, można by powiedzieć, że są nierozłączne. Wspaniała, długotrwała przyjaźń - każdy by tak uznał. Co więc zrobić, gdy osoba ta zatruwa nam życie nawet o tym nie wiedząc? Odseparować się od jedynej osoby ze szkoły, z którą utrzymuje tak dobre relacje? Pozwolić by inni śmiali się z Ciebie, gdy Twoja ex-przyjaciółka okaże się być zawistna i opowie wszystkim o Twoich najgłębszych sekretach? I tutaj dochodzimy do stosownych wniosków:

Uważam, że w naszym społeczeństwie XXI wieku ludzie boją się głębokich relacji, bo nie chcą ryzykować. A jak już są w toksycznej relacji, to nie potrafią zatrzymać się i spojrzeć obiektywnie na swoje relacje i życie i powiedzieć: Okej, muszę wziąć się w garść i naprawić to, co zdążyło się wydarzyć. I nie uważam teraz, że powinniśmy kwestionować wszystko, co zaistniało w pewnym momencie naszej egzystencji, ale tak, jak napisałam wcześniej, popatrzeć z dystansu, zastanowić się chwilę i odsapnąć od zmęczonego i zatrutego społeczeństwa.



środa, 25 lipca 2018

Pierwszy post i wstęp

Hej, z tej strony Onix Alex, a to jest mój pierwszy blog o niczym.
Czemu go zakładam? Nie mam najmniejszego pojęcia, ale stwierdziłam, że to jest ten czas, kiedy zmienię coś w swoim życiu.
"Nowy rozdział życia" - to brzmi tak niewinnie, ale z drugiej strony kryje w sobie chęć zmiany siebie na lepsze, prawda? Miałam w swoim życiu już kilka takich rozdziałów:
1) pójście do podstawówki - mimo zamknięcia pewnej historii i rozpoczęcia nowej, nie czułam tak ogromnej zmiany. Jak każde dziecko, szłam drogą edukacji, a co za tym idzie - zmianą szkół. Zapoznanie się z nowymi osobami i zapomnienie o tych "starych" znajomych przyszło mi osobiście bardzo łatwo. Pamiętam tylko jak szłam z tatą korytarzem już po dzwonku na lekcję i nie było mi śpieszno się z nim rozstawać, tak więc przeciągałam tą rozłąkę jak najdłużej. Mój tata trzymał się jednak jednej zasady - "im szybciej sobie pójdziesz od dziecka, tym szybciej ono o Tobie zapomni". Oczywiście powinno być ono stosowane tylko przy odprowadzaniu swoich potomków do nowych przedszkól/ szkół, żebyście przypadkiem nie zinterpretowali tego błędnie. Wracając, tata zagonił mnie do sali, gdzie było już mnóstwo innych dzieci (swoją drogą to był jedyny moment, kiedy w tej szkole poczułam się zagubiona) i tak po prostu sobie poszedł. Teraz bardzo dobrze go rozumiem, ale wtedy miałam mu to strasznie za złe. I jak to każde dziecko, znalazłam sobie najlepsze przyjaciółki, kolegów, koleżanki.
2) ukończenie 10 lat - kolejny etap, który nie zmienił mnie, aż tak drastycznie. Po prostu poczułam się w pewnym stopniu doroślej. Pamiętam do dzisiaj moją myśl, że moja pierwsza dekada życia już upłynęła. Teraz brzmi to raczej depresyjnie, niż wesoło, ale ja się tym mnie przejmowałam. Moje urodziny nie były obchodzone bardzo hucznie z racji tego, że przyszłam na świat w samym środku wakacji. Jednak mi to nie przeszkadzało - spędziłam większość dnia na wracaniu od mojej babci do domu z tatą, w aucie. Mimo to, bardzo mi się podobało.
3) pójście do nowej szkoły i zarazem mój największy błąd życia - błędem tutaj nie jest jednak zmiana placówki, w której się uczyłam, a czynność, którą zrobiłam przez rozpoczęciem roku szkolnego. Nie będę ukrywać, dostałam się do (wtedy według mnie) bardzo dobrej szkoły z wybitnym poziomem edukacji. Po roku nauki w tej szkole nie uważam tak, chociaż będąc nieskromną, mam wysokie wyniki. Ale zaczynając od początku... byłam bardzo podekscytowana, że idę w nowe miejsce, poznam nowych ludzi. Nie ukrywam, że trochę się też bałam. Jako dojrzewająca nastolatka (tak, wciąż nią jestem, ale z czasem uważam tak, a nie inaczej) chciałam na siłę w sobie coś zmienić. I nie, nie chodziło mi o charakter (chociaż to też by się przydało, haha) a o wygląd. Od kiedy pamiętam miałam długie włosy. Co prawda podcinałam je i to dość regularnie, ale one cały czas pozostawały długie. Miałam masę pomysłów, żeby je ściąć. Konsultowałam to nawet z rodzicami, ale mój tata był niezwykle przeciwny temu, a moja mama po prostu kazała mi z tym poczekać. Ja, jako niecierpliwy bachor (jak to określił nie kto inny, niż mój ojciec) nie chciałam zwlekać. Chciałam mieć metamorfozę godną niejednej z gwiazd. Tak więc kilka dni przed rozpoczęciem roku, umówiłam się (dzień wcześniej) na wizytę u fryzjera (mam go w bloku, więc nie musiałam nigdzie jechać), zaczekałam aż moi rodzice wyjdą i bez ich wiedzy, ścięłam włosy do  ramion. I o ile wyglądały ładnie wyprostowane, tak kiedy je umyłam, nie wyglądały aż tak zjawiskowo (mam naturalnie puszyste i lekko kręcone włosy). Oczywiście, reakcja moich rodziców na moje włosy, tata - zawał, mama - zawał. Haha, pamiętam to jakby to było wczoraj. Czy to był mój największy błąd w życiu? Być może. To znaczy, z początku próbowałam się pocieszać, że jest ładnie, że wcale nie mam brzydkich włosów, że są urocze i tak dalej, i tak dalej. Z czasem, przeglądając moje zdjęcia z okresu po ścięciu, uważam, że nie była to najmądrzejsza rzecz. Przyznaję mojej mamie rację - mogłam poczekać. Ale tak jak na to spojrzę pod innym kątem - doświadczyłam czegoś nowego, świeżego. Myślę, że jakbym wtedy tego nie zrobiła, to zrobiłabym to jak bym była starsza, co nie byłoby tak fajne. A teraz mam włosy do "przed biustem"  i jestem niezwykle zadowolona.

I nadszedł ten czas, żeby otworzyć nowy rozdział w życiu, zapomnieć trochę o tym roku szkolnym, zmienić się - na lepsze, oczywiście.

Dziękuje za przeczytanie tych kilku otwierających zdań ode mnie i o mnie. Mam nadzieję, że pozostaniecie ze mną na dłużej. A teraz przepraszam, ale idę zaczerpnąć trochę powietrza, bo wyczerpał mi się mózg ;)